UWAGA PRZED MOHANEM RYSZARDEM MATUSZEWSKIM!!!!!!!!!!!!!!!!
   
 
  Bractwo Nigdy Nie Wybacza!!!!!

BRACTWO NIGDY NIE WYBACZA

Artykuł z Newsweeka Bractwo nigdy nie wybacza

W celi aresztu 41-letni Ryszard Matuszewski nie przypomina charyzma- tycznego guru. Nie sposób doszukać się w nim majestatycznej postaci ze stylizowanych obrazków, które członkowie tysiącosobowej sekty stawiają sobie przy łóżku. Tu w bydgoskim areszcie zachowuje się jak każdy osadzony. Złe świdrujące spojrzenie, agresywny tembr głosu. Patrzy nieruchomo w kamerę. Wyrzuca z siebie na przemian obelgi pod adresem Kościoła katolickiego i słowa zachwytu dla misji, jaką powierzył mu jego bóg. Guru Bractwa Zakonnego Himawanti z butą w głosie mówi, że jest prorokiem. Jest pewny siebie, bo choć siedzi w więzieniu, sekta działa i rozwija się. "Newsweek" badał działalność Bractwa przez wiele tygodni.

Nasi reporterzy przeniknęli do środka zaskakująco dobrze zorganizowanej struktury Bractwa. W tej grupie pozornie nieszkodliwych dziwaków - wyznawców swoistej odmiany hinduizmu, każdy ma swoje miejsce, każdy dostaje precyzyjnie określone zadania. Przywódcy potrafią być mili, łagodni, wręcz opiekuńczy, ale kiedy przychodzi odpowiedni moment, straszą, szantażują, napadają i zmieniają się w niebezpiecznych fanatyków. Pytani o udokumentowane przez nas fakty - albo milczą, albo zaprzeczają. Ale ich grupa nosi wszystkie znamiona groźnych amerykańskich sekt: od Koresha po Świątynie Ludu Jonesa - głosi ekstremalne wizje unicestwienia struktur państwa i Kościoła, stosuje psychiczną i fizyczną kontrolę członków. Wykorzystuje "wiernych" dla zysku wąskiej grupy "duchowych" przywódców.

Ci, którzy opuszczają sektę, muszą liczyć się z poważnymi szykanami - od gróźb i szkalowania po napady i podpalenia. Agresywność Bractwa narasta - w 1997 roku grupa groziła wysadzeniem w powietrze klasztoru na Jasnej Górze, w 2002 roku zapowiadała zamach na papieża, ostatnio wzywa do "pojawienia się polskiego bin Ladena" i modlitw o "rychłą śmierć komendanta policji". Aresztowanie Matuszewskiego dodaje ich działaniom brutalności i determinacji. Są przekonani, że "prorok" cierpi za wiarę. Sekta nie cofa się przed szantażem i podstępem. Grozi śmiercią także sędziom, prokuratorom i dziennikarzom, którzy staną na jej drodze.

Sekta ma pieniądze - każdy zaangażowany członek oddaje liderom 10 procent swoich dochodów. Spore kwoty przynoszą też organizowane w całym kraju płatne kursy jogi, samouzdrawiania, "rozpoznania własnej kobiecości" czy rzekomej medytacji chrześcijańskiej. To tam zaczyna się proces werbunku nowych członków. Setki osób spędzających w ten sposób wolny czas w domach kultury i w wynajętych salach szkolnych nie ma pojęcia, na jak niebezpieczną ścieżkę wchodzi. I że ktoś próbuje zdobyć ich dusze, by potem wydrenować kieszenie albo wykorzystać do drenowania kieszeni innych.
Himawanti jest jak kameleon - raz łagodnie ciepłym kobiecym głosem sekretarz Bractwa Hanny Szpilewskiej nawołuje do miłości, by za chwilę wybuchnąć zapowiedzią dokonania mordu rytualnego na uciekinierze. W oficjalnych oświadczeniach domaga się tolerancji religijnej, w nieoficjalnych ulotkach atakuje "sekciarzy" dominikanów. Ale ostatnio spod maski łagodności coraz częściej wyłania się ta druga, groźniejsza twarz. Szczególną agresję Bractwa budzi Kościół katolicki. - Nasi byli koledzy zrobią wszystko, co rozkaże im wódz - ostrzega Tadeusz Młynarski, jeszcze dwa lata temu wysoki funkcjonariusz Bractwa, dziś człowiek ukrywający się przed zemstą byłych współwyznawców.

Działalność grupy monitorują policjanci Centralnego Biura Śledczego. - To nie są śmieszni dziwacy, ale groźna, doskonale zorganizowana grupa - mówi proszący o zachowanie anonimowości funkcjonariusz CBŚ. - Jej członkowie to także ludzie wykształceni, ze stopniami naukowymi, co nie przeszkadza im na co dzień fanatycznie oddawać się destrukcyjnej religii.

Organizacja liczy ponad 1000 członków, z czego ok. 500 to osoby w pełni oddane swojemu guru. Pod nieobecność Matuszewskiego sektą kieruje kilkuosobowy zarząd. Każdy region kraju ma swojego lidera. Resort spraw wewnętrznych od 1996 roku kilka razy odmówił rejestracji ruchu. A raport ministerstwa z 2000 roku wymienia go wśród sekt stosujących przemoc.

Historia Bractwa Zakonnego Himawanti zaczyna się 20 lat temu w Toruniu. 21-letni student astronomii Uniwersytetu Mikołaja Kopernika Ryszard Matuszewski jest zafascynowany kulturą i wierzeniami Indii. Porzuca studia i sam rozpoczyna nauczanie. Nawiązuje kontakty z Zachodnim Zakonem Sufi - organizacją propagującą mistycyzm wyrastający z islamu. W 1994 roku zrywa z Zakonem i zakłada Bractwo Zakonne Himawanti. Jak tłumaczy swoim uczniom - nazwa Himawanti oznacza "matkę bogów". On sam ogłasza się prorokiem, papieżem, mistrzem. Przyjmuje tytuł "Mohana" - co można tłumaczyć jako króla.
Matuszewski za kratkami siedzi już po raz trzeci, nie licząc pobytów na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym. W jego imieniu strukturami Himawanti kieruje Hanna Szpilewska, używająca też imion: Hannah Kapali Nari. Ale pomyłką byłoby sądzić, że to oderwana od świata, nawiedzona wyznawczyni. Szpilewska jest doktorem biologii, pracownikiem naukowym Centrum Biologii Morza w Gdyni. Wraz z byłą nauczycielką z Częstochowy Aleksandrą Barylską i informatykiem Sławomirem Barczem z Bydgoszczy tworzą zarząd Bractwa. Barcz w Himawanti jest od 9 lat. Tam poznał swoją żonę - Irenę, też członkinię sekty. Twierdzi, że w młodości był molestowany przez księdza katolickiego. "Mohan" go oczarował "swoją wiedzą i duchowością". - Nie jesteśmy sektą. To jest fajne zgromadzenie fajnych ludzi - zapewnia.

Bractwo wciąż werbuje nowych członków. W ciągu kilku tygodni reporterzy "Newsweeka" zgromadzili kilkadziesiąt ulotek z całego kraju zapraszających na zajęcia jogi i rozmaite ćwiczenia duchowe. Z żadnej nie można wyczytać, że to zaproszenie do sekty, choć wszystkie zajęcia prowadzą liderzy ruchu. Tak jak w gdyńskim oddziale YMCA (siedzibie stowarzyszenia młodzieży chrześcijańskiej), gdzie program zajęć jogi wywieszony jest wśród kursów językowych. Opłata wynosi od 70 do 100 złotych za dwudniowy kurs. Nasze reporterki wzięły udział w tych zajęciach. Sprawdzały, jak sekta wabi nowych członków.
Spotkanie odbywa się w gmachu internatu zespołu szkół budowlanych w Gdyni przy ul. Tetmajera 65. Zniszczony budynek pamięta jeszcze późnego Gomułkę. Poranek, godzina 10. Nasze dziennikarki wchodzą do internatu. Wnętrze specyficznie udekorowane - palą się drażniące nos kadzidła i świece. Ubrana w pomarańczowy dres Hannah Kapali - czyli Hanna Szpilewska - z plecaka wyjmuje biuletyny, wszystkie autorstwa "Mohana". Uwagę przykuwa ołtarzyk pod ścianą, a na nim dwa zdjęcia - jednego z bożków hinduskich i Matuszewskiego upozowanego na Chrystusa.
Tematem zajęć jest "odkrywanie własnej kobiecości". Prowadząca siada w pozycji lotosu. Mówi o akceptacji siebie w związkach z różnymi partnerami, bez względu na ich liczbę. Namawia do zerwania z przeszłością, rozpoczęcia życia od nowa, nawet jeśli miałoby się to wiązać z porzuceniem rodziny.
Ta niewysoka, pulchna kobieta na oko ma około 40 lat. Mówi przytłumionym, cichym głosem, często powołuje się na swój autorytet naukowy. Rękoma wciąż wykonuje przed sobą koła. Kontroluje salę. Nawet gdy wydaje się całkowicie pogrążona w medytacji, potrafi nagle otworzyć oczy i sprawdzić, co robią pozostali.
Na kolejnych zajęciach jedna z naszych reporterek pyta o "Mohana". Szpilewska odpowiada, że "Mohan" to jej nauczyciel i mistrz, który "żyje, można go dotknąć", jednak w tym momencie nie może prowadzić zajęć. - Mój mistrz uważa, że wszyscy ludzie są chorzy, więc wszystkich trzeba leczyć - dodaje pewnym głosem.

Podobne zajęcia odbywają się co tydzień w 5-10 miejscach w kraju. Osoby, które zainteresują się wykładem na lekcjach jogi, zapraszane są na dalsze spotkania w prywatnych domach na kolejne nauki. Po kilkunastu miesiącach wspólnych spotkań stają się członkami sekty. Potem ucieczka jest już trudna i niebezpieczna.
Przekonali się o tym ci, którzy najpierw do sekty dołączyli, a potem postanowili ją porzucić. Spośród kilkunastu byłych członków Bractwa, do których dotarliśmy, tylko kilku zgodziło się z nami rozmawiać. Pozostali żyją w strachu, często się ukrywają. Himawanti nie wybacza zdrady. Zresztą Matuszewski zawsze ich ostrzegał - wejście do struktury zamyka drogę powrotu. A jeśli ktoś spróbuje uciec - zwykł mawiać - czekać go może nawet rytualna śmierć.
Jak bardzo realne są to groźby, przekonała się Bożena Majka. Spotykamy się w jednej z krakowskich restauracji. Niewysoka, szczupła, 40-letnia blondynka w sekcie przyjęła imię Akiba. Dziś opowiada powoli, ściszonym głosem, jakby ciągle się czegoś bała. Z Matuszewskim zetknęła się w 1991 roku, na cotygodniowych medytacjach w Toruniu. Pracowała jako nauczycielka historii. - Szukałam odskoczni od codzienności, pomocy w problemach rodzinnych. W domu kultury trafiłam na zajęcia z techniki oddechowej, a po kilku spotkaniach prowadząca je kobieta zaproponowała mi spotkanie z - jak to ujęła - Rysiem. I mnie to wciągnęło - wspomina Majka. Matuszewski wkrótce zawładnął całym jej życiem. Pojawił się mechanizm uzależnienia.
Bożena jak wielu członków Bractwa odsunęła się od rodziny i znajomych. Pochłonęła ją medytacja, nauka technik rzekomego uzdrawiania, zjazdy Bractwa i zlecone zadania, jak organizowanie werbunku, obowiązkowe lektury, prowadzenie korespondencji. Swoje zrobiły też wielotygodniowe głodówki i obowiązek meldowania przez członków sekty o każdym ruchu.

"Mohan" i jego współpracownicy doskonale budują więź psychiczną z uczniami, wypytują o intymne problemy. Wykorzystują ludzkie słabości, dają poczucie bezpieczeństwa. A wmawiając uczniom, że przekazują im wiedzę tajemną, wpajają im poczucie wyjątkowości. Zbierają informacje o zainteresowaniach, rodzinie, pracy członków Bractwa. I o pieniądzach - oczywiście.

W 1995 roku Majka poczuła, że już nie może się wycofać. W Bractwie spędziła pięć kolejnych lat. Poznała tam Tadeusza Młynarskiego, wówczas jednego z najbliższych "Mohanowi" ludzi. Współwyznawcy nazywali go Dżajantem, był egzorcystą sekty i miał dostęp do wewnętrznych tajemnic Bractwa. Ten 55-letni wysoki brodaty mężczyzna cały czas nosi ze sobą metrowy, dębowy kij. - To do obrony - tłumaczy.
W 2000 roku Tadeusz i Bożena opuścili sektę. - "Mohan" ogłosił się zbawcą narodu. Zaczął przesadzać - mówi Młynarski i wspomina, jak na zakończenie 20-dniowego spotkania "Mohan" kazał sobie uroczyście umyć nogi, po czym wszyscy musieli wypić brudną wodę. Od trzech lat uciekinierzy żyją w strachu. Młynarski trzy razy został napadnięty przez nieznanych ludzi. Na klatce schodowej znajdował kartki z "wyrokiem na katolickiego psa Dżajanta".
Majka przeżyła koszmar 17 kwietnia tego roku. Odwiedzała matkę w Bydgoszczy i nieopatrznie przyjęła zaproszenie koleżanki wciąż należącej do Bractwa. Siedziały w kuchni, gdy do mieszkania wkroczył Matuszewski. Majka próbowała doskoczyć do drzwi, ale "Mohan" był szybszy: - Nigdy stąd nie wyjdziesz! - krzyczał. Wyjął z kieszeni elektryczny paralizator. - Błyskał tym i mówił do mnie: "tym można nawet zabić. I ja cię tym potraktuję. A jak będziesz chciała uciec, to na dole czekają chłopcy, którzy cię wywiozą do lasu i zakopią" - opowiada Majka.

Dalej wydarzenia potoczyły się błyskawicznie - dwóm obecnym w mieszkaniu członkiniom sekty nakazał przeszukanie Majki. Kobiety na jego rozkaz spisały wszystkie dane z notesu i telefonu. W ramach, jak to ujął, "zwrotu kosztów podróży" zrabował telefon komórkowy i obrączkę. Wreszcie wyjął nóż i przeciągając Bożenie po gardle, komentował: "to jest najlepszy nóż do podrzynania gardeł". - Podyktował umowę rzekomej pożyczki 7 tysięcy złotych. To miał być na mnie hak - wspomina Majka. Koszmar trwał trzy godziny. Po wyjściu "Mohana" Majka natychmiast zawiadomiła policję.
Matuszewskiemu prokuratura postawiła kilka zarzutów: rozbój z użyciem niebezpiecznego narzędzia, wymuszenie, rabunek, zmuszanie do określonego zachowania. - To, że "Mohan" siedzi w areszcie, niczego nie rozwiązuje - ostrzega zajmujący się sprawą, proszący o anonimowość oficer Centralnego Biura Śledczego. - On nadal ma władzę nad swoją strukturą.

Napad na Bożenę Majkę i pobicie Tadeusza Młynarskiego to tylko jeden z przykładów narastającej brutalności Bractwa. Rzecz w tym, że ludzie Himawanti najczęściej nie dają się złapać na gorącym uczynku. Dlatego policja często jest bezradna.
Także Ryszard Nowak, przed 10 laty poseł Unii Pracy, obecnie społecznie zajmujący się dokumentowaniem działalności sekt, nikogo nie złapał za rękę, ale nie ma wątpliwości, że został zaatakowany przez sektę Matuszewskiego. Jesienią ubiegłego roku Nowak zorganizował w Szklarskiej Porębie konferencję prasową na temat Bractwa Himawanti. - To był piątek. A w niedzielę całe miasto było oklejone plakatami głoszącymi, że jestem "katolickim pedofilem i mordercą małych dziewczynek". To była zemsta Himawanti - mówi Nowak.
Plakatów było kilka tysięcy. Ponownie pojawiły się w niedzielę 2 listopada. Takie obelżywe fałszywki pojawiają się wszędzie tam, gdzie ktoś nadepnie sekcie na odcisk.

Wrogiem Bractwa stała się też Jadwiga Kulawik, około 30-letnia kobieta z Częstochowy, która odeszła z sekty. Gdy dzwonimy do drzwi, przez chwilę widzimy tylko uważne oko w wizjerze. Wreszcie trwożne: - Kto tam? Dopiero okazanie legitymacji prasowych i żarliwe przekonywania, że mamy dobre intencje, przełamują jej strach. Kulawik się boi i ma powody. Wciąż otrzymuje e-maile z pogróżkami, że zabiją ją kijami bejsbolowymi. Na jej adres przychodzą listy zaadresowane do "świętej pamięci". Ona też zrywała plakaty, którymi próbowano ją skompromitować. Na stronach internetowych ktoś zamieścił ogłoszenie o treści seksualnej z jej numerem telefonu. Nie ma wątpliwości, że to robota byłych współwyznawców. - Kiedyś także ode mnie "Mohan" domagał się wysyłania takich listów - twierdzi.

W ubiegłym roku jeden z członków sekty podstępem dostał się do jej mieszkania, skopiował hasła do jej skrzynki e-mailowej, by później wysyłać z niej listy zapowiadające zamach na papieża. - W lipcu 2002 roku oglądam telewizję i słyszę, że jakiś wariat grozi papieżowi. Ani mi przez myśl nie przyszło, że e-maile były wysyłane z mojego konta. Za chwilę przychodzi oficer policji. "Pani pójdzie z nami" - opowiada Kulawik, której spotkanie z sektą zaczęło się niewinnie: od wegetarianizmu i poszukiwania wyciszenia. Potem medytacje wciągały ją coraz bardziej, aż - jak opowiada - w 1995 roku uznała sektę za rodzinę. Ze starymi znajomymi zerwała kontakty.

Dziś policja uważa, że za groźbami stał Matuszewski. E-mail wysłano z Gliwic, z kawiarenki internetowej, gdzie widziano Matuszewskiego.
Lider Bractwa Himawanti w Gliwicach podejmował też tego dnia pieniądze z bankomatu. Wszystko to jednak poszlaki. Członkowie sekty z Gdańska kryją swojego guru - zeznają, że tego dnia gościli go u siebie.
- Miałem wrażenie, że rozmawiam z fanatykami, odpornymi na wszelkie argumenty. Wbrew oczywistym faktom twierdzili, że Matuszewski był u nich - mówi oficer CBŚ.

Od tamtego czasu Kulawik boi się o siebie. Bardzo realnie brzmią wierszowane pogróżki autorstwa "Mohana", że "zgładzony będzie każdy zdrajca / przeciw mistrzowi winowajca / Banda Kulawik ukarana / chwała "Mohana" odzyskana".
Do "bandy Kulawika" "Mohan" zalicza też jej sąsiada - Janusza Gierczyńskiego, także byłego członka sekty. Gierczyński poprawia grube okulary i jak wielu naszych rozmówców wyciąga z teczki plakaty oskarżające go o pedofilię. Ale to drobiazg, bo w jego przypadku napastnicy poszli jeszcze dalej. - Kilka dni w miesiącu pracuję jako terapeuta w Szczecinie. Do mojej szefowej zgłosił się człowiek twierdzący, że jestem zboczeńcem, a przeze mnie w więzieniu siedzi niewinny człowiek o nazwisku Matuszewski. Na szczęście nie dano wiary jego oszczerstwom - opowiada Gierczyński.
Grupa jest w stanie szybko się zmobilizować i działać właściwie w każdym miejscu w kraju. Zazwyczaj zna środowisko swojej ofiary. To wynik wcześniejszego rozpoznania - każda osoba wstępująca do sekty wielokrotnie wypełnia kwestionariusze, w których podaje, gdzie mieszka, z kim się spotyka, gdzie pracuje. Późniejsze odnalezienie uciekiniera jest łatwe. - Widziałem tę listę. Mohan trzymał ją w prywatnym komputerze. Było tam kilka tysięcy adresów i telefonów - mówi Tadeusz Młynarski. Informację tę potwierdza, choć bagatelizuje, Sławomir Barcz.

Bractwo robi wszystko, by zatrzymać swoich członków, bo każda wtajemniczona osoba oznacza konkretne dochody - pieniądze z zajęć jogi, jakie sekta prowadzi w każdym większym mieście. - Naciskano na nas, żeby organizować jak najwięcej zajęć, głównie w domach kultury - opowiada Bożena Majka. Pieniądze oddawali liderom sekty. Dodatkowo każdy z uczniów oddaje swojemu mistrzowi 10 procent dochodów.
Najczęściej jest to 200-300 złotych miesięcznie. - Dlatego werbowaliśmy członków jak i gdzie się dało. Dziś wiem, że to było tworzenie duchowych "macdonaldów", które miały po prostu dla nas produkować pieniądze - opowiada Tadeusz Młynarski.

Innym źródłem dochodów są wydawnictwa: książki i broszury, do których kupowania zobligowani są członkowie Himawanti. Młynarski za namową "Mohana" sprzedał mieszkanie, a potem oddał mu większość pieniędzy. - W Bractwie są mrówki i liderzy. Mrówki pracują, a mistrz żyje z ich dotacji - opisuje Młynarski.
Ten system działa do dzisiaj. - Organizują zajęcia pod zmienionymi nazwami. Zależy, co jest modne - a to mistyka chrześcijańska, a to namaszczanie olejami. Ale wciąż chodzi o to, żeby złapać w sieć jak najwięcej ludzi - twierdzi była członkini sekty Anna Rychlewska z Częstochowy.
O działalności Bractwa pod nieobecność guru próbowaliśmy porozmawiać z zastępującą go Szpilewską. Zgodziliśmy się na wszystkie warunki - autoryzacja wypowiedzi, spotkanie w Gdyni o wyznaczonej przez rozmówczynię porze. Umówiliśmy się w piątek 31 października w centrum miasta o piętnastej. Gdy po czterogodzinnej podróży pojawiliśmy się na miejscu, Szpilewskiej nie było. Zadzwoniliśmy. - Uznałam, że nie będę z państwem rozmawiała. Zresztą wysłałam faks - oznajmiła podczas krótkiej telefonicznej rozmowy. Rzeczywiście, faks doszedł do redakcji w Warszawie 25 minut przed terminem spotkania. Szpilewska, podpisana jako H.K. Nari, zrezygnowała z rozmowy. Poleciła nam warsztaty jogi. Rozmawiać nie chcieli też inni członkowie grupy. - Różni z Jasnej Góry mnie tu nachodzą - usłyszeliśmy od Aleksandry Barylskiej z Częstochowy.

Na spotkanie zgodził się natomiast sam Ryszard Matuszewski. Spotkaliśmy się 29 października w areszcie śledczym w Bydgoszczy. To mężczyzna średniego wzrostu, krępy, kiedyś ćwiczył Aikido. Siada na krześle za drewnianą barierką, wzrokiem szuka obiektywów kamer. - On godzinami trenuje w celi te swoje oracje i miny - mówi jeden z funkcjonariuszy służby więziennej.

"Mohan" odpowiada szybko, agresywnie, moduluje głos. - Znam tylko jedną sektę w Polsce, jest to sekta rzymskokatolicka, zbrodnicza, inkwizycyjna, od ponad 1000 lat mordująca mniejszości wyznaniowe - deklamuje. Ilekroć wspomina Kościół katolicki, padają wulgarne słowa. Głos Matuszewskiego dudni, ale z powtarzanych monotonnie fraz trudno wyciągnąć konkrety. Twierdzi, że nie zna osób, które wystąpiły z Bractwa.
Ale zna 21 osób, które zostały wyrzucone za niemoralność. Widać, że jego ambicje są większe niż panowanie nad tysiącosobową grupą wyznawców.
Już raz próbował sił w polityce. W 2001 roku były ksiądz Roman Kotliński rozpoczął zakładanie antyklerykalnej partii "Racja". - Po jakimś czasie dowiedziałem się, że pan Matuszewski tworzy struktury partyjne. Wraz z guru do partii weszło 1000 osób. Jak na rozkaz - opowiada Kotliński. - "Mohan" został liderem na Śląsku, Szpilewska wiceszefową na Pomorzu. Jedynym wyjściem okazało się rozwiązanie struktur i budowa partii od nowa.
Dla Kotlińskiego spotkanie z Himawanti skończyło się szybko i bezboleśnie. Większą cenę zapłacił 27-letni Rafał Maćkowiak z Chorzowa. Ten krótko ostrzyżony blondyn jest zaangażowanym katolikiem. Zbulwersowało go, gdy przeczytał w ulotce "Racji", że "wszyscy katole są psychicznie chorzy". Maćkowiak zaczął pisać w tej sprawie protesty do centrali "Racji" i samorządu. Wtedy zaczął się horror: anonimowe telefony, podpisane jego nazwiskiem fałszywe ogłoszenie seksualne, listy z pogróżkami - "znikaj z oczu dupku, jak chcesz spokoju dla żonki".

Siedem miesięcy temu tuż nad mieszkaniem Maćkowiaka wybuchł pożar, potem kolejne. Raz ledwie zdążył wyprowadzić rodzinę. Sprawców nie wykryto. - Mszczą się na mnie - mówi przerażony Maćkowiak.

Bo Bractwo nie wybacza. - Reporterów "Newsweeka" pożegnał stwierdzeniem, że jeśli artykuł będzie niepochlebny dla sekty, to może im się coś przytrafić. Tak jakby chciał potwierdzić pierwsze słowa poradnika dla osób wychodzących z sekt, który stoi na półce w domu Jadwigi Kulawik: "Działalność destruktywnych sekt nie wzbudza zainteresowania czy niepokoju do momentu, gdy jest już za późno".
Współpraca: Anemona Knut, Danuta Śmiechowska

 
Copyright (c)2009 & Cal.pl




Dodaj komentarz do tej strony:
Twoje imię:
Twój adres email:
Twoja strona:
Twoja wiadomość:

 
Ostrzeżenie przed groźnym przestępcą Matuszwskim Ryszardem o ksywce MOHAN


Reklama
 
 
UWAGA PRZED MOHANEM RYSZARDEM MATUSZEWSKIM!!!!!!!!!!!!!!!!
 
Dzisiaj stronę odwiedziło już 1 odwiedzającytutaj!
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=
UWAGA PRZED MOHANEM RYSZARDEM MATUSZEWSKIM!!!!!!!!!!!!!!!!